czwartek, 2 czerwca 2011

jestem dzieckiem

wczoraj z okazji dnia dziecka urządziałam sobie seans bajek wirtuoza Walta i zjadłam pyszne ciasto toffi przyrządzone przez mamę. jeden dzień przecież mogę sobie zrobić wolne, właściwie często to robię, tyle że wczoraj to była pełna premedytacja. dziś spontanicznie zalogowałam się na bloggerze i piszę bo nie chce mi się myśleć o tym co muszę umieć na jutrzejszy dzień. cholernie nie lubię się uczyć. szkoła w samej postaci już mi tak bardzo nie przeszkadza. od wystawienia ocen postaram pisać częściej. ogarnia mnie powoli radość piasania
i płynie słowo za słowem.


Skaza to największy skurwiel w historii kina.

wtorek, 10 maja 2011

wszyscy kochają wódkę

gdy zobaczyłam tak bardzo wyczekiwaną metropiolię makównie poczułam płomiennego uczucia, raczej miłe mrowienie w palcach i ten niepohamowany uśmiech kiedy zobaczyłam Żanet szcerzącą do mnie zęby, właściwie nie wiem z jakiego powodu. ona też nie wiedziała, ale to właśnie było fajne. ktoś mądry chyba kiedyś nazwał to: przyjaźń. nie wiem czy to nie za duże słowo, przecież nie znamy się aż tak długo. fakt jest jednak taki że kiedy poszłam do nowej szkoły zdążłyam stracić starych przyjaciół zamin zyskałam tych nowych. przyjaźń cierpliwa jest. ale też nie ma jakiejś wyznaczonej granicy czasowej w której można powiedzieć: to już przyjaźń. bo przyjaźń to zdarzenia. jednego dnia może się zdarzyć taka chwila że będę miała niepodważalny dowód. tak to jest mój przyjaciel. narazie jest nam razem dobrze (naszej czwórce). zauważyłam to od niedawna, że nie tylko jak mogę o nas powiedzieć per my. ale inni też to widzą, że jesteśmy razem. łaczy nas proprzyjaźń a ja lubię to uczucie.

ostatnio wreszcie udało mi się zobaczyć salę samobójców w małym koluszkowskim kinie. małe kina też są fajne choć mają to do siebie że ich premiery(?!) są dwa miesiące po tej prawdziwej premierze w Polsce. w małych kinach nie ma popcornu, a bilety są drukowane przez kasę biletową jak w spożywaczaku. ale film obejrzałam taki jak wszyscy inni. jaki był? mocny. mocny jak wódka. daję nieźle po głowie, ale się podoba. w dodatku czuje się go też następnego dnia. polecam każdemu, bo obejrzeć warto. ale nie chcę go już nigdy widzieć. jeden raz wystarczy mi na wieczność, czyli w moim przypadku jakieś 5 lat.

a przedsiębiorstwo komunikacji samochodowej, teraz pewnie nikomu nic to nie mówi (ja też jak usłyszałam tą nazwę musiałam się nieźle nagłowić) ale chodzi o pksy, będą moimi bliskimi kumplami bo przez ten 9-dniowy weekend jeździłam nimi po całym województwie, no prawie po całym.
czołem.

piątek, 6 maja 2011

platoniczna miłość do ryżu

jak mam jeść zupę to najlepje chłodną. kiedy jest gorąca nie czuć nawet jej smaku. smaku bez smaku bo ktoś znowu zapominiał o soli, a doskrobał dodatkową porcję ziemniaków. nic co ciepłe do jedzenia nie jest smaczne. takie lody dla przykładu.
jeśli jest jakaś granica nic nie robienia to ja z pewnością jestem już u jej progów. gapię się na rozładowany telefon, bo wredna wyczerpana bateria przerwała mi pasjonującą grę w skały. wokół walają się ubrania, bo dziś nie jets sobota i nie ma żadnego przymusu sprzątania, a poaz tym kiedy nie są poukładane w kostkę o wymiarach tej rosołowej nie mieszczą się do szafy. ale kto by się tym przejmował. dużo ważniejsza jest obrona jasnogórska, opasłe tomskio potop ciąży mi na głowie. ale nie poddam się, będę czytać do póki wystarczy mi sił. koniec deklaracji.

wczoraj poszłam na rower. i słowo poszłam jest w tym miejscu naprawdę odpowiednie, bo na rowerze byłam z kate, która ku mojemu przerażeniu wycieczkę rowerową wyobraża sobie jako: chodzenie, trzymając rower. to nie żart... ale było całkiem fajnie. szególnie kiedy zaczął padać deszcz i schowałyśmy się pod schodami do młynu. w tym zapyziałym miejscu, gdzie wcale nie było pająków (to już niestety ironia) gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy o różnych poważnych sparawach. może klimat tego miejsca nas natchnął i skłonił do wyrzucenia z siebie tych wszystkich nieprzyjemności. jednak była w tym coś kojącego.

chyba coś się przypala więc kończę i biegnę zajrzeć co słychać w garnku z ryżem.
za dwie godziny mam autobus! o 16.30 kolejny i ... witaj kochana metropolio maków! jeszcze go nie widziałam na oczy ale już kocham. taka platoniczna miłość, mogę ją tak chyba nazwać :)

czwartek, 5 maja 2011

próba mikrofonu nr 1

pisanie bloga to nie pierwszyzna. bo to raz się zaczynało. od dziś chciałam poczuć zapał emigranta i z durnego photobloga dostałam się tu. będę pisać tylko go ogranę. czołem!